Dzisiaj minął termin składania zaświadczeń studenckich do WKU. Spokojnie, zdążyłem. Dostałem swój świstek papieru potwierdzający fakt, że pobieram nauki w szkole wyższej i udałem się do mojego ulubionego komendanta. Formalności trwały 6 sekund. Ów świstek włożono do teczki z moim nazwiskiem. I tyle.
Teraz chciałbym wygłosić oficjalny komunikat. Panie generale, panie sierżancie, panie pułkowniku i cała reszto wojska polskiego - możecie mi skoczyć!
Kolejny raz upłynęła masa czasu od ostatniego wpisu. A jest o czym pisać. W końcu, od ponad dwóch tygodni jestem studentem! Podobnie czułem się rozpoczynając naukę na Politechnice. Podekscytowany. Mam nadzieję, że się nie rozczaruję. Samym sobą oczywiście.
Szósty października, pierwszy dzień zajęć, bardzo mnie zaskoczył. Negatywnie. Zacząłem od… okienka. Pani profesor nie pojawiła się w szkole. Czad. Następne 90 minut umilił mi wykład z filozofii. Monolog prowadzącego był nawet niezły, póki nie wspomniał, że osoby aktywne na zajęciach będą zwolnione z egzaminu. Garść dupolizów skutecznie wybiła mi z głowy przejawy jakiegokolwiek zainteresowania. Dzień zakończył wykład z antropologii kultury. Byłem tak znudzony, że rozpatrywałem samobójstwo przy użyciu gumki do ścierania.
Zaczęło się fatalnie, ale każde następne zajęcia nastrajały mnie coraz optymistyczniej. Wspomnę o semestralnym projekcie telefonu komórkowego, zajęciach z fotografii na których mam dostęp do profesjonalnego atelier czy świetnych wykładowcach, którzy zjedli zęby na szeroko pojętym designie. Wiem, że prędzej czy później mój słomiany zapał da mi się we znaki, ale byłbym prawdziwym idiotą gdybym choćby pomyślał o zmianie studiów. Jestem naprawdę zachwycony i czuję, że pasuję do tej szkoły.
Kilka dni temu wpadłem na pewien pomysł - postanowiłem wystawić swoje nerwy na próbę. Chciałem rzucić sobie wyzwanie. Założenie było proste - wykonywać pewne proste czynności codziennie, bez względu na okoliczności. Dzisiaj mija pierwszy tydzień eksperymentu, stąd małe podsumowanie.
Wszystko zaczęło się od wyzwania rzuconego przez moją siostrę. Dziewczyna potrzebowała partnera do wieczornego joggingu. Tak, dobrze zauwaliście, użyłem słowa związanego bezpośrednio ze sportem/wysiłkiem fizycznym. Nie wiem co strzeliło mi do głowy, ale zgodziłem się. Postanowiłem męczyć się z własnej woli. Bez broni wycelowanej w głowę, bez szantażu, bez… Sensu!
Po pierwszej wieczornej “sesji” w parku, przebiegniętych dwóch okrążeniach (czyli ok 1,5 km) - padłem. Zmęczenie musiało wyrządzić poważne szkody, bo postanowiłem jeszcze bardziej uprzykrzyć sobie życie. Wymyśliłem, że codziennie będę walczył z własnym lenistwem biegając, dodając nową notkę na blogu i robiąc sobie zdjęcie. Mam na myśli stary pomysł z codziennym fotografowaniem własnej twarzy. Na pewno widzieliście już niejedną jego realizację.
To co się dzieje na blogu można łatwo sprawdzić. W ciągu ostatniego tygodnia dodałem jeden nowy wpis. Myślicie, że się fotografuję? Nie. Wczoraj wieczorem zdałem sobie sprawę, że nawet nie wiem gdzie jest mój aparat. Jeżeli ktokolwiek ma nadzieję, że się zawziąłem i biegam to… Jest głupi. Nie, nie biegam. Jestem pieprzonym leniem. Koniec wpisu.
Temat służby wojskowej gnębi mnie ostatnio niemiłosiernie. Co jasne, jest to następstwo moich roszad ze studiami. Po kilku rozmowach z pracownikami Wojskowej Komendy Uzupełnień wnioskuję, że zmiana studiowanego kierunku jest traktowana przez państwo (i wojsko) prawie jak przestępstwo. Na szczęście nie wszyscy napotkani ostatnio mundurowi traktowali mnie jak kryminalistę.
Na pierwsze wezwanie do WKU stawiłem się zupełnie spokojny i wyluzowany. W końcu w książeczce wojskowej mam wpisane odroczenie służby wojskowej do 2010 roku, nie? Gdy komendant, z którym rozmawiałem na pierwszym spotkaniu, poinformował mnie, że w każdej chwili mogę dostać bilet do wojska, zdębiałem. Przyjąłem standardowy, wyuczony jeszcze w gimnazjum, system obronny. Cielęce oczy i grzeczne, kulturalne zachowanie sprawiły, że mundurowy dostrzegł we mnie człowieka. Doradził bym zgłosił się na stanowisko kierowcy ciężarówki. Zanim wojsko sprawdzi czy się do tego nadaję minie sporo czasu, a tym samym przeciągnę powołanie do wojska nawet do listopada. To istotne, bo pierwszego października będę już nietykalny - uczelnia wystawi mi dokument potwierdzający, że jestem studentem.
Porady komendanta naturalnie posłuchałem, czego efektem było moje uczestnictwo w badaniach psychologicznych w ostatni poniedziałek, 25 sierpnia. Pierwszy test, badający osobowość, zaliczyło pięć z około 35 osób zdających. Pięć, w tym ja. Kolejne badania sprawdzające m.in. szybkość reakcji, umiejętność widzenia w ciemności, koordynację ruchową również zdałem. I to najlepiej z całej piątki, bo z wynikiem 98%. Tym samym potwierdziłem, że czubkiem nie jestem i wojskową ciężarówką nie będę próbował taranować budynków. Przynajmniej tak uważa polska armia! Już niedługo, bo na początku września, czeka mnie następna porcja badań. Hurra!
Żeby nie było tak słodko, dodam jeszcze coś na zakończenie. Wśród wcześniej wymienionych 35 chudych, zniechęconych, wezwanych przez WKU poborowych, znalazł się jeden, których był tam dobrowolnie. Na własne życzenie postanowił zaciągnąć się do armii. Powołani zostali wszyscy, którzy oblali testy. 4 kierowców, łącznie ze mną, jeszcze ma szansę, a ten jeden, jedyny, któremu zależało na przyjęciu, nie został zwerbowany. Nie ważne, że był dwie głowy wzdłuż i wszerz większy ode mnie, nie chcieli go i już. Panie Bogusiu, ministrze obrony narodowej, niech się Pan puknie w głowę.
Chcąc streścić przebieg ostatnich dni powinienem zacząć od czwartku, trzeciego lipca. O wyjątkowo wczesnej jak dla mnie porze, zapakowałem do auta garść znajomych i wyruszyłem na Open’ er Festiwal 2008. Aby nie zagłębiać się w zbędne szczegóły - pobiłem dwa osobiste rekordy. Po pierwsze - gubienie kluczyków samochodowych w ciągu doby. Mój wynik był tak dobry, że powinienem dostać za niego jakieś trofeum. Albo w łeb. Druga dziedzina w której odniosłem sukces to nie-chodzenie na koncerty na festiwalu muzycznym. Pobiłem swój zeszłoroczny rekord i widziałem jedynie półtora koncertu. Mam nadzieję, że w przyszłym roku będzie coś ciekawszego do obejrzenia, bo moje rekordy w durnych dyscyplinach nie są są warte ~300 złotych, które dałem za bilet. No i fajnie by było żeby w 2009 ktoś mi towarzyszył w olewaniu “największego muzycznego wydarzenia w kraju”. Tak, Maciuś, do Ciebie mówię.
W poniedziałek, siódmego lipca, z Gdyni przemieściłem się na Hel. Mógłbym wysilić się na jakieś sprawozdanie, gdyby tylko wyjazd różnił się czymś od tego sprzed roku. Albo tego sprzed dwóch lat. Albo… Mimo wszystko udało mi się oderwać od łódzkiej rzeczywistości i fajnie spędzić kilka dni. Zresztą, jak zawsze na Helu.
Na zakończenie małe ogłoszenie. Wszystkie kobiety które czytają bloga i nie komentują wpisów są grube i brzydkie, każdy mężczyzna uprawiający podobny proceder ma małego penisa. Proszę komentować i dementować plotki. Koniec ogłoszenia.
