• gram: Borderlands
  • słucham: Catheters
  • oglądam: Weeds

  • Cisza. Nie piszę, nie publikuję. Tak jakby nie działo się nic. A to nie prawda. Tylko czy mówienie o tym na blogu to dobry pomysł? Nie, dam temu spokój. Każda z wtajemniczonych osób i tak wie o co chodzi. Dałem plamę. Było-minęło. Wyjątkowo spróbuję wyciągnąć wnioski z popełnionych błędów. Wiem jedno, jestem pomylony. Mam 22 lata, a nie bardzo wiem kim jestem albo, co gorsza, kim chciałbym być. Wciąż nie przykładam się, nie zależy mi na czymkolwiek. Jestem zawieszony w próżni. Nie piszę o niczym nowym, ale piszę, bo ten stan zaczyna mnie irytować. Bycie Piotrusiem Panem przestało być interesujące. Nie dlatego, że postanowiłem dorosnąć, nic z tych rzeczy. Odkryłem, że bycie wiecznym dzieciakiem jest… męczące. Z drugiej strony, gdy patrzę na rówieśników - przyjaciół, znajomych - i widzę ich śmieszne starania, wręcz naoczne poważnienie, to wiem, że to również nie dla mnie. Jakie to cholernie głupie! Mam pomysł na cały świat, ale nie na siebie!

    Pocieszam się, bo wiem co mi dolega. Nie jestem pomylony, jestem wygrany. Mam całe życie podane na tacy. Nie muszę robić nic. Nie napiszę, że jestem z tego powodu nieszczęśliwy. Nie dlatego, że byłoby to bezczelne, to po prostu nieprawda. Przez 22 lata byłem dzieciakiem zamkniętym w precyzyjnie przygotowanym świecie marzeń. Całe życie byłem tępo szczęśliwy, a teraz, gdy czuję, że czas wyjść na zewnątrz, jest mi po prostu ciężko. Głupieję, bo wszystkie znaki na niebie i ziemi mówią, że już czas dojrzeć. Zawsze myślałem, że pewne odczucia pojawią się same, przyjdą z wiekiem. Bzdura! Nie zmieniło się nic. Jedynie coraz trudniej jest unikać odpowiedzialności, obracać wszystko w błahostkę.

    Głupie? Jeżeli czytasz te słowa, odwiedzasz mojego bloga to jest wielce prawdopodobne, że masz podobne odczucia. Oczywiście, mogę się mylić. Przecież nie każdy dwudziestoparolatek jest niedojrzały i niedorozwinięty emocjonalnie. Chociaż ja znam tylko takich.


    Znowu to samo. Gapię się w monitor chcąc sklecić chociaż kilkanaście zdań. Piszę o sobie, a mam pustkę w głowie. Tak, jakbym nie znał Sebastiana Polita. Mógłbym standardowo wspomnieć o swoim lenistwie. Schemat jest prosty - wystarczy opisać dlaczego olałem jakieś ważne wydarzenie, zawaliłem termin czy zdenerwowałem kogoś swoim nieróbstwem. Do tego podsumowanie podkreślające jak szalenie zadowolony jestem z własnej postawy. Banał. Tym razem to nie przejdzie, bo przez ostatni tydzień nie miałem nic do roboty. Nic pilnego czy ważnego, a tym samym nic co mógłbym zepsuć.

    Mógłbym uderzyć z innej strony. Opisać podjętą próbę ratowania własnego mua. Robiłem to już wiele razy, to proste. Tworzę plan zakładający diametralną zmianę trybu życia i podsumowuję go opisem sromotnej klęski.

    Mam! To będzie dobre! W święta Bożego Narodzenia dostałem organizer, kalendarz, notes. Jak zwał, tak zwał. Oczywiście nie był to spontaniczny prezent. Gdyby tak było, odebrałbym to jako atak na moją wolność dezorganizacji własnego życia! Ja sam poprosiłem o ten głupi kalendarz. Wiecie, tak w ramach noworocznych postanowień i takich tam. Naturalnie, nie zanotowałem w nim nic co służyłoby utrzymaniu ładu i porządku. Zapisuję natomiast wymyślone sentencje, z których potem klecę piosenki. Ojej, ale zrobiło się twórczo. Nie cholera, nie klecę piosenek. Mam zeszyt pełen haseł reklamowych do kampanii przeciwko normalnemu życiu. Nie, to głupie jest. Nie chcę notki na ten temat.

    Podejmę jeszcze jeden akapit. Może coś o codzienności, o tym co się u mnie dzieje. Nic się nie dzieje. Przez ostatni tydzień leżałem do góry brzuchem zastanawiając co mógłbym dać od siebie światu. Nie, wróć. Druga część tego zdania jest kompletnie bez sensu. Nie pasuje do mojego imidżu.

    Wkurza mnie ten blog. Popieprzony jest. I jeszcze ten wielki napis “Sebastian Polit”. Ja mam chyba coś z głową.

    Muszę się skupić, bo odbiegam od tematu. Jest wzmianka o lenistwie, o próbach poprawy i kilka słów o codzienności. Dobra, mogę kończyć. Pozostaje podsumować w prześmiewczo-sarkastycznym zakończeniu.

    Ależ to piękna notka jest. Niby standardowa, pełna narzekania i dowodów na moją beznadziejność, a jednak poprawiła mi humor. Tak ładnie udało mi się ująć, że mam duszę poety i nie nadaję się do pracy. Nie wychwyciliście tego? To, do cholery, przeczytajcie tę notkę jeszcze raz!

    Jeszcze tylko odpowiedź na pytanie zadane w tytule - być mną.


    Na zewnątrz wciąż zimno i ciemno. Nic, tylko podkręcić ogrzewanie i siedzieć w domu. Tak też robię. Gorącą atmosferę podtrzymuje coś jeszcze - sesja egzaminacyjna. Pierwsza od ponad… roku? Pogubiłem się już w tych datach. Na pewno nie brakowało mi wariactwa związanego z zaliczaniem przedmiotów. Z drugiej strony nie jestem przygnębiony czy, nie daj boże, nieszczęśliwy. Szał jaki ogarnia studentów na przełomie stycznia i lutego działa na mnie pozytywnie. Daje mi kopa. Tym bardziej, że sesja w nowej szkole diametralnie różni się od tej znanej mi z politechniki.

    To, co sprawiało mi ogromną frajdę na architekturze mam teraz pod dostatek. Projektowanie. Zaliczenie semestru opiera się przede wszystkim na przygotowaniu ogromnej ilości projektów. Nie powiem, z kilku z nich jestem naprawdę zadowolony. O pozostałych nie będę wspominał. Ważne, że pozwolą mi uzyskać wpis do indeksu.

    W zeszłym tygodniu odwiedziłem łódzki lunapark celem wykonania kilku fotografii. Niestety, mimo szczerych chęci, w żaden sposób nie udało mi się nawiązać kontaktu ze stróżem pilnującym ów przybytku. Oczywiście zdeterminowany, młody fotograf zawsze znajdzie jakiś sposób. Po przejściu przez płot miałem cały park dla siebie. Pogoda była piękna tego dnia, więc zdjęcia wyszły świetne. Niestety innego zdania był szanowny pan stróż. Spokojnie, dałem dyla, żyję. Sami widzicie, że sesja to nie przelewki, to ciężka praca. Praca, która daje mi mnóstwo frajdy i satysfakcji. Kogo obchodzi, że za to płacę. Mi to już nie przeszkadza.

    Aha, fotografie zrobione w lunaparku można zobaczyć w Portfolio/Zdjęcia lub na DeviantART’cie.


    Mógłbym zacząć ten wpis tradycyjnie - od jęczenia. Tym bardziej, że jest ku temu świetna okazja, bo do końca świąt zostało już tylko kilkanaście godzin. Pewnie napisałbym, że jest mi niewyobrażalnie źle, że czuję na karku oddech przyszłego roku, starości, sesji i Bóg wie czego jeszcze. Jak pewnie zauważyliście, kończę pierwszy akapit, ale marudzić nie mam zamiaru.

    Boże narodzenie a.d. 2008 było wyjątkowe. Zaczęło się od przedświątecznych porządków momentami przypominających remont, nie sprzątanie. Atmosfera mi się udzieliła, więc odkurzyłem dywan i starłem kurze. Potem szał kupowania prezentów. Siostra informowała mnie na bieżąco co udało jej się zdobyć. SMS: “W sklepie x nie ma prezentu dla mamy, lecę do y!“. Było ciężko, ale dała sobie radę. Kończę cynizm. Prawdę mówiąc żałuję, że nie brałem udziału w przygotowaniach, bo kolejne dwa dni były naprawdę cudowne.

    Były to moje pierwsze, prawdziwie rodzinne święta. Nie dlatego, że czymkolwiek różniły się od wcześniejszych, bo nie różniły się niczym. Mimo to naprawdę udzieliła mi się ich atmosfera, doceniłem czas spędzony z rodziną. Nienawidzę tego słowa, ale użyję go - było… miło. Gdzieś między karpiem a pierogami z kapustą wpadła mi do głowy myśl, że nie mam żadnych, nawet najmniejszych powodów do marudzenia. I nie mówię tu, a świętach, ostatnim tygodniu czy miesiącu. Kurczę, ja mam naprawdę udane życie.

    Uwaga, powyższy wpis jest aktualny jedynie do 2-go stycznia 2009.


    Nie mogę usnąć. Wiercę się. Wkurza mnie monotonia codzienności. Brakuje mi zwykłej frajdy, ekscytacji. Jestem po prostu znudzony, a z tego jeszcze nigdy nie wyszło nic dobrego. Muszę ukierunkować swoją energię, bo mnie roznosi.
    Wydawało mi się, że dorastam, ale to bzdura. Pracuję, uczę się. Nie potrzebuję więcej stateczności. Muszę znowu zacząć chodzić na koncerty. Albo zacząć wreszcie grać własne.
    Prawie dałem się wrobić w dorosłość. W zabawę w mamę i tatę. Myślałem, że mam kryzys osobowości, a jestem jedynie znudzony! Muszę wziąć się za siebie nim obudzę się jako zgorzkniały czterdziestolatek z dwójką bachorów i jędzowatą żoną. Jakie to banalnie łatwe.


    To, że zaniedbuję bloga nie podlega dyskusji. Co stoi na przeszkodzie by raz na kilka dni napisać kilkadziesiąt słów? Nie wiem, ale podjąłem kolejny krok by to zmienić. Piszę zdalnie, z telefonu komórkowego. Nie potrzebny mi komputer, ani dostęp do sieci. Tylko czy to wystarczy?